18 sierpnia 2011

Byłam , zobaczyłam ...





W końcu zawiało mnie i tam ... osławiony Czacz , Mekka klamociarzy zdobyta . Jadąc tam , obiecałam sobie powściągliwość zakupową , nastawiona raczej turystycznie , popatrzeć jak wygląda handel klamotami , kiedy to część mieszkańców wsi zrezygnowała z rolnictwa i budynki gospodarcze zamieniła w ,,salony wystawiennicze" . Rzeczywiście ciekawe miejsce , kto był ten wie jak to wygląda , bo tylko część gospodarstw we wsi , para się handlem , za to najwięcej stanowisk znajduje się w tunelach foliowych . Widocznie uprawa pomidorów czy ogórków nie jest tak opłacalna jak handel starymi gratami . Szłyśmy sobie z kuzynką zwiedzając poszczególne atrakcje ,aż trafiłyśmy na gospodarsto.






W całości zamienione na ... chyba spokojnie mogę stwierdzić ...Antykwariat.


Domek ,obórka i stodoła ,wszędzie poustawiane meble i bibeloty










Dla mnie najfajniejsze było grzebanie w skrzynkach z przeróżnymi zardzewiakami ... głupio by jednak było tak z pustymi rękami wrócić do domu , coś drobnego wygrzebałam.





Zdjęć za dużo nie ma , czasu mało a obejść trzeba było ,jak się dowiedziałyśmy , około 300 stanowisk ,no bo jak już tu dotarłam trzeba było maksymalnie wykorzystać czas na zwiedzanie . Przyznać się muszę ,ze chyba rozwydrzona jestem przez giełdę w Kaliszu czy klamociarnie bliżej mnie ,bo ceny mnie nie zachwyciły . Obojętnie jaki drobiazg w rękę wzięłam , pytając się o cenę , słyszałam 20 zł. .... po jakim czasie doszłam do wniosku ,że się chyba wszyscy zacięli , tylko 20 ... 20 ... przestałam się głupio pytać , bo i tak usłyszę sławetne 20 !!!


Pomimo jednak zaporowej dwudziestki , udało się jednak znaleźć kilka obdrapanych drobiazgów za kilka złotych , tak jak obdrapana i zardzewiała żeliwna duża szyszka a do niej jako podstawa równie pięknie obśrupana podstawa chyba od szklanego klosza. Drewniana klamka ...


którą zamontowałam do ramy wiszącej w kuchni.


Trzy porcelanowe ... nie wiem co , ale idealne na winietki , można na nich wypisać imiona gości ....szkoda tylko ,że tak mało !


A na koniec HIT , drewniany świecznik. Jak go tylko zobaczyłam nogi się pode mną ugięły... taaa ..... tylko ile za takie cudo sobie krzykną ,jeżeli byle drobiazg ...20 ! Kuzynka chyba zauważyłam moją zrezygnowaną minę ,bo wydarła mi go z rąk i poszła spytać o cenę ... jak myślicie ile usłyszałam ... he he ... 20 !!! Tak więc resztę zwiedzania odbębniłam z przytulonym do łona świecznikiem.


Miał tylko jeden mankament , nie był ładnie oszlifowany , wyglądał tak jak drewniane dekory które kupuję i należy je jeszcze dokładnie wyszlifować niwelując wszelkie kanty i nierówności.


Po dwóch dniach szlifowania i wygładzania wyglądał już tak ... z rozpędu wyszlifowałam drugi świecznik ,zakupiony jakiś czas temu.


Poza tym siedzę czasami w kuchni i dogadzam kulinarnym zachciewajkom Tuśki , rośnie mi dziecko w tempie zastraszającym a nabiału jeść nie chce . Ser biały jest be ,jogurty naturalne po prostu nie do zjedzenia , masło to jakiś wymysł szatana ,o bitej śmietanie nie wspomnę , za to tiramisu to ulubiony deser, zawirowania smakowe nie do rozeznania . Nie szkodzi ,że mascarpone to tłusty biały ser i bita 30% śmietana , najważniejsze ,że wszystko razem tworzy coś , za czym przepada , więc nie pozostaje mi nic innego jak paść ją tym ,póki się nie znudzi.






W lasach obrodziły borówki ,w tym roku było ich naprawdę dużo , tak że grzechem byłoby nie zrobić konfitury, by zimą wzbogacała smak pieczonych mięs.





Potem była kuchnia zawalona ogórkami do kiszenia .





W kuchni jednak za długo nie wytrzymam , nie do końca moja bajka , w ramach przerywnika zabrałam się za ogrodowe krzesła i stolik . Zdopingował mnie po trosze mały zjazd rodzinny ,który odbył się u nas w miniony weekend ,wszak każde siedzisko było na wagę złota.Nie będę zanudzać zdjęciami przed ,chociaż widoczek był ciekawy. Krzesła kupiłam w zeszłym roku ,delikatnie mówiąc w stanie ruiny, miniona zima dołożyła jeszcze , destrukcja totalna ....rozpadły się na poszczególne deseczki. Łatwiej było przynajmniej szlifować , po wymianie kołeczków ,sklejeniu i skręceniu , pomalowałam jedną warstwą , jasnobrązową farbą akrylowo wodną do drewna i metalu i w końcu wypróbowałam pastę do wybielania drewna . Pasta jakoś mnie nie zachwyciła , nie dość ,że droga ,to trzeba nabrać pewnej wprawy przy jej nakładaniu. podobny efekt uzyskałam już kilka razy ,przy użyciu rozcieńczonej farby akrylowej . np. TUTAJ , przerabiając skrzynkę na oleje.


Po wyschnięciu pasty ,przetarłam papierem ściernym by uwidoczniły się słoje drewna.


Na koniec pokryłam kremem woskowym i wygląda to tak.


Już naprawdę na koniec zaprezentują się moje psiaki . Wiosenna susza wstrzymywała mnie długo przed rozpaleniem ogniska ,a że lato mamy po wodzie ,deszcz pada regularnie , w końcu mogłam ze spokojnym sumieniem spalić zalegające od wiosny gałęzie . Przy okazji tak mało absorbującego zajęcia , powstała cała seria zdjęć pętających się wokół moich kaloszy psiaków. Nie ma strachu , zapodam tylko kilka , Redka pojawia się czasami na zdjęciach z wypadów do lasu , za to Kiko na blogu pojawi się po raz pierwszy.





Dwa rudzielce , za to charaktery zupełnie różne , Redka jak by mogła , siedziałaby na kolanach ...


zawsze gdzieś pod ręką do głaskania , Kikuś lekko wycofany ( dla obcych ) , ta rasa niestety tak ma , pies stróżujący....


na kolana go nie ciągnie , za to pod nogami chętnie zalegnie , no bo jakiś kontakt pomimo wszystko musi być.


I to by było na tyle . Pozdrawiam ciepło !!!


Do miłego , a ja oddalam się znowu do kuchni przerobić 5 kilo malin. Pa , pa.

26 lipca 2011

Gościnne występy .

Tak jak obiecałam ,zabiorę Was dzisiaj w gościnne progi domu Koci i pokażę nowy look jej sypialni do którego się przyczyniłam .Ostatnio zrobiłam dla niej fotel , do którego zakupu zresztą trochę ją namówiłam i obiecałam zrobić , w końcu stanął w docelowym miejscu dopełniając wystrój pokoju.

Na zajęcie się zmianą wyglądu mebli ,Kocia namawiała mnie tak długo i przekonująco ,że w końcu uległam .I tu muszę się Wam przyznać ,że podejmując się dla kogoś pracy nad meblami czy czymkolwiek , mam zawsze opory , czy podołam ,czy moja praca się spodoba ,czy będę w stanie zrobić to idealnie , trafiając w gust właściciela i jego oczekiwaniom .Co innego dla siebie , jak nie wyjdzie mogę przerobić ,ale dla kogoś , zawsze obawiam się , co to będzie jak coś spartaczę , tchórz gdzieś we mnie tkwi głęboko.




Sosnowe mebelki malowałam pod koniec ubiegłego roku , Kocia dzielnie je transportowała , mniejsze w całości ,natomiast szafa i łóżko w elementach , ja zajęłam się szlifowaniem , malowaniem i przecierkami . Po powrocie do domu i skręceniu okazało się ,że wyszło całkiem ,całkiem nieźle !

Tak piszę Kocia ,a większość z Was nie wie o kogo chodzi . Otóż Kocia prowadziła swego czasu blog ,który zresztą istnieje do dziś ,ale niestety zapał chyba w niej sklęsł i od dłuższego czasu nic nowego nie zamieszcza ,a szkoda wielka ,bo dom ma piękny i mogłaby dać nacieszyć oczy innym ładnymi wnętrzami. Mam nadzieję ,że się poprawi a póki co, jej sypialnia zaistnieje u mnie na blogu , TUTAJ za to ,możecie zobaczyć fragment sypialni przed zmianami.

Meble zeszlifowane do surowego drewna , na rantach w miejscu przyszłych przecierek pomalowane ciemnobrązową farbą akrylowo wodną do drewna i metalu ,po wyschnięciu przeciągnięte świecą woskową i pomalowane kilkoma warstwami pastelowej orchidei Duluxa ( akrylowa wodna do drewna i metalu )Po wyschnięciu przecierki , papierem ściernym ( 120 ) na rantach . Blaty pomalowane ciemnobrązową rozcieńczoną akrylowo wodną , za pomocą gąbki na koniec pomalowane akrylowo wodnym bezbarwnym lakierem.



I ostatni element sypialnianego wystroju , fotel który stanął przy stoliczku z nogami od maszyny singera ( przeróbka gospodarzy ) tworząc kącik do upiększania .

Przed zmianami.

Kocia dała mi wolna rękę co do wyglądu końcowego ramy fotela , i tak jak zwykle gdy doczyściłam drewno szkoda mi było całkowicie je zamalowywać . Dlatego pomalowałam tylko rozcieńczoną pastelową orchideą za pomocą gąbki , po wyschnięciu delikatnie przetarte by wygładzić drewno , ostatnia warstwa to krem woskowy i polerowanie.

Tapicerka z płótna w kolorze gorzkiej czekolady ,wykończona ozdobną brązową taśmą .



Zmiana koloru ścian i mebli , proste zabiegi a jak przyjemne dla oka efekty końcowe , prawda ?

Pozdrawiam wszystkich zerkających do Jagodowego i do miłego.

19 lipca 2011

Zmysłowe lato.

Lato w pełni ,dlatego wykorzystuję każdą chwilę by nacieszyć się jego urokami , komputer w tym czasie raczej pajęczyną obrasta ,cóż ,lato rządzi się swoimi prawami i wręcz nie wypada siedzieć w domu. Zanim jednak przejdę do tematu posta, muszę koniecznie pochwalić się wygraną w Candy ,otóż niedawno okazało się ,że słodkie rączęta córci Anetki z Ma Ju hand made wylosowały mnie i dzięki temu zostałam szczęśliwą posiadaczką poszewki na podusię ! Cud-miód urody ,wykonana zdolnymi rękoma Anetki , idealnie wpasowała się w klimat domu.


W pięknie zapakowanej paczce znalazło się też serduszko , Anetko ,DZIĘKUJĘ BARDZO ,sprawiłaś mi wielką radość , a rączki córci ,proszę wycałować ode mnie jeszcze raz !!!

Wstępnie tytuł miał być trochę inny , Smaki i zapachy lata , ale dlaczego by pomijać resztę zmysłów , dotyk, słuch i wzrok , pięć podstawowych moich zmysłów pracuje latem na najwyższych obrotach ,wszak bodźców wokoło jest tyle , że tylko chłonąć i cieszyć się każdą chwilą odczuwania .
Lato to moja ulubiona pora roku i słowo LUBIĘ mogłoby pojawiać się pod każdym zdjęciem , postaram się jednak nim nie szafować i może trochę chaotycznie pokazać co w ostatnich dniach pobudziło moje zmysły do działania.

Truskawki , które niestety już się kończą , a te ostatnie na pożegnanie ,smakują najbardziej , zapach i smak w ostatnim truskawkowym deserze po prostu celebrowałam . Próbowałam przedłużyć czas degustacji , jednak z marnym skutkiem , prosty zestaw, bitej śmietany i truskawek , ULUBIONY , znikał z szybkością światła.

Zapach lawendy na szczęście dłużej towarzyszył nam przy posiłkach na tarasie.

W ogródku ulubione ziółko ,bazylia ,wybujała ,okazała ,cieszy oczy . Przy każdej wizycie w ogródku lubię zerwać listek , rozetrzeć go w dłoniach i wdychać aromatyczny , upajający zapach ziół.



Będąc mieszczuchem , deszcz nie był moim sprzymierzeńcem , jednak od kiedy zamieszkaliśmy na wsi ,cieszę się gdy pada , a roślinki śmigają i zielenią się po takim naturalnym podlewaniu. Jak to priorytety się zmieniają ? Po suchej wiośnie , cieszy mnie każda kropla deszczu , chociaż ostatnie burze namieszały trochę w naszej okolicy . Raz wichura przewróciła starą ogromną sosnę na naszą drogę dojazdową , uniemożliwiając wyjazd , a kolejna burza siała spustoszenie w okolicznych domostwach w sprzęcie komputerowym ,laptopy siadały jeden po drugim , w gniazdkach elektrycznych pojawiał się ogień , cuda wianki ! Nas te czary też dotknęły i komputer odmówił posłuszeństwa ,po tygodniu odzyskaliśmy netowy kontakt ze światem , co akurat osobiście mi nie przeszkadzało ,to raczej reszta domowników chodziła , jak by im czegoś ważnego do egzystencji zabrakło.

Wróćmy jednak do zieleniny , już w zeszłym roku obiecałam sobie ,że zrobię zapas na zimę , marynowane liście winogrona. Oczywiście wcześniej zrobiłam w nich gołąbki ,które bardzo przypadły nam do smaku , kilka słoików liści w sam raz na przypomnienie sobie słonecznego lata w chłodniejszych miesiącach roku. W każdym słoiku ok. 20 liści ,w sam raz na porcję gołąbków z 0,5 kg. mięsa i 1 szkl. ryżu. Najbardziej przemawiający do mnie przepis znalazłam TUTAJ .

Jak wspominałam wcześniej uwielbieniem ogromnym pałam do bazylii , a co się z tym bezpośrednio wiąże , do PESTO ,przepis na ten zieloniutki pachnący sos podałam kiedyś TUTAJ . Mogę się spokojnie nazwać ambasadorką PESTO , jak tylko zrobię nadprodukcję ,czyli za każdym razem , roznoszę po znajomych i sąsiadach ... i zarażam miłością ,,pestową".

Żelazny zestaw śniadaniowy , cóż mi więcej do szczęścia potrzebne ... pomidory z mozzarellą i pesto ... zapach ,smak , niebo w gębie ! Zresztą do makaronów i mięs również wyśmienite !

Jak zioła to również zupa , ta ,to akurat uproszczona wersja Włoskiej z pulpetami ,którą kiedyś podała llooka , przepis na nią znajdziecie TUTAJ . Robiłam ją już wiele razy, z pulpetami z różnego rodzaju mięs ,nawet rybne , jest naprawdę pyszna . Moja uproszczona wersja bez pulpetów za to z podsmażonym wędzonym boczkiem i cebulką + dodatkowe warzywo ,kapusta pokrojona w kostkę . Oczywiście zioła ...dużo ziół i tych suszonych i tych zielonych .

Nie chciałabym zamęczać Was zbytnio kuchennymi przepisami ,ale latem znajdzie się zawsze jakaś kulinarna niespodzianka , tak jak ostatnio . Siedzę sobie spokojnie na tarasie ,czekając na pierwsze krople deszczu i na Tuśkę ,która pobiegła gdzieś do lasu , w końcu wraca ,przynosząc Sowy. Ta nazwa popularna jest u nas ,prawidłowa nazwa Czubajka kania , znacie te grzyby ? Wyśmienite , panierowane w jajku i bułce tartej , usmażone na ziołowym masełku ..... nawet latem nie ma mowy o diecie!

I tak sobie siedzę na tarasie , w towarzystwie sów , obserwując deszcz ....

i Tusiakową ,puszczającą bańki mydlane . Lubię te letnie chwile , gdy zmysły kodują wszystko co dzieje się dookoła . Widok mojej córki pochłoniętej wyprodukowaniem bańki -giganta , zapach lasu po deszczu , świergot ptaków obwieszczających radośnie koniec ulewy .Piękne jest lato nawet gdy słońce ukrywa się za chmurami .

W zamian , na tarasie mamy małe słonecznikowe słoneczka.

I całą resztę roślinności zarastającej domostwo.



A jak już się wypogodzi można podziwiać skrawek naszego nieba moszcząc się na hamaku lub pod koroną starego orzecha .

Można też wybrać się na spacer , przejść się polami ....


na skraju lasu....



zobaczyć więcej nieba nad polami zboża ...

i naszą Redkę w radosnym galopie , po pościgu za Bogu ducha winnym zającem.

Wracając do domu smakować jagód .

Jagodowe zagajniki , pola nawet ... wiecie już ,dlaczego tak nazwałam blog . Takie miejsca można spotkać na każdym kroku , zresztą nazwa wsi w której mieszkamy pochodzi również od tych leśnych owoców.



Nie może ich zabraknąć w domowym menu , a ja , jak zwykle przewidywalna jestem do bólu i serwuję je sobie na śmietankowej pierzynce.

Redka za to, serwuje sobie w jagodowym listowiu higieniczne zabiegi .

Z ostatniej chwili , kończą się zapasy nalewek ,na szczęście zaczyna się czas zbiorów i można sukcesywnie je uzupełniać , przyszedł czas na wiśnie . Na razie napawam oczy barwą nalewu , na czas smakowania trzeba będzie cierpliwie poczekać .




Wiem ,wiem ...zamęczyłam Was dzisiaj moimi letnimi postrzeganiami , a to tylko fragment , kto wie co przyniosą następne dni. Jeżeli macie ochotę pociągnąć temat i napisać na swoich stronach o tym ,co dla Was jest w lecie upajajace i jakie zmysły pobudza najbardziej lato , zapraszam !


Zmysły, zmysłami , a w przecierkach też się coś dzieje . W następnym poście zabiorę Was ... na gościnne występy .


Pozdrawiam słonecznie i do miłego !

Related Posts with Thumbnails